Sing Sing (Sing Sing), 2023, reż. Greg Kwedar
Imdb – 7,7
Metacritic – 83
Rotten Tomatoes – 97%
Filmweb – 6,6
Dźwięczna (a może nawet „śpiewna”) nazwa tego miejsca nie ma wiele wspólnego z jego charakterem, albowiem Sing Sing to więzienie o zaostrzonym rygorze dla mężczyzn, znajdujące się w stanie Nowy Jork. Zresztą Sing Sing to nazwa pochodząca od plemienia rdzennych Amerykanów, którego tereny zostały później wykupione przez miasto Nowy Jork z zamiarem przekształcenia ich w grunt pod więzienie. Stracono tu wielu naprawdę złych i zepsutych ludzi, a ostatni ze zgładzonych w stanie Nowy Jork zginął na krześle elektrycznym w 1963 roku. Wśród bardziej znanych „pensjonariuszy” więzienia warto wspomnieć Charlesa „Lucky” Luciano — głowę rodziny Genovese, jednej z pięciu nowojorskich rodzin mafijnych.
Więzienia to, w gruncie rzeczy, dość ciekawe miejsca na osadzenie filmowej akcji. Kino chętnie z tego korzysta — wystarczy wspomnieć Skazanych na Shawshank, Ucieczkę z Alcatraz czy Więźnia Brubakera. Pierwszorzędne miejsce na zaplanowanie ucieczki, bo skąd lepiej zwiewać jak nie z więzienia właśnie? I wcześniej misternie zaplanować całą akcję, skutecznie przyciągając zniecierpliwionego widza przed ekran. W tym temacie można by napisać dość długi artykuł, roztrząsając jednocześnie kwestie etyczno-moralne nad idealizacją życia więziennego lub z drugiej strony, nad utrwalaniem stereotypów życia za kratami.

Temat rzeka — ale płynąc do brzegu, skupię się na ciepłym obrazie, przedstawiającym historię programu RTA (Rehabilitation Through the Arts), stworzonego w więzieniu Sing Sing w latach 90., mającego na celu resocjalizację więźniów poprzez sztukę: teatr, taniec, poezję, literaturę i inne formy ekspresji.
Głównym „rozgrywającym” w tym filmie jest Divine G, odsiadujący długoletni wyrok za zbrodnię, której nie popełnił. Czas za kratami wypełnia twórczością — jest spełnionym literatem i aktywnie działa w grupie teatralnej RTA. Jeśli nie było to wcześniej jasne — to uściślam: to historia prawdziwa, a większość ról została obsadzona przez byłych skazańców, którzy w ramach RTA spełniali się w Sing Sing jako aktorzy. Tylko Colman Domingo wykorzystuje swój aktorski warsztat, wcielając się w postać wspomnianego wcześniej Divine’a — sam bowiem nigdy nie był skazańcem.
Sing Sing, to trochę inna, niż nas przyzwyczajono, twarz kina więziennego. Nie ma tu typowego obrazu brutalnego życia w zakładzie karnym: skorumpowanych strażników, podziałów rasowych ani „trzeba być twardym, nie miękkim” — ani też znanego z naszego podwórka grypsowania. To pewien paradoks — film więzienny, ale zupełnie nie kino akcji. Jeśli pojawia się tu jakiś zwrot akcji, który normalnie nadałby filmowi dynamiki, to raczej tylko z obowiązku konwencji. Film koncentruje się raczej na ludzkim pierwiastku, ukrytym gdzieś głęboko w każdym z nas. Jeśli jest tu jakiś czarny charakter, to jest nim ciemna strona natury ludzkiej. I o tyle dobrze, że nie mamy tu roztrząsania wielkich dylematów moralnych. Nie chodzi tu o stawianie tez o naturze człowieka, lecz o ukazanie jego emocjonalnej strony poprzez wcielanie się w role. I w ten sposób docieranie do często pogubionego, a nie złego z poczęcia, wewnętrznego ja. Na tej podstawie oparto program RTA, który okazał się skuteczniejszy niż dotychczasowe metody resocjalizacji osób, które są na bakier z prawem. Sztuka — w tym przypadku teatr — znacząco wpłynęła na zachowanie skazanych i zmniejszyła ich skłonność do recydywy.

Film otrzymał trzy nominacje do Oscara: dla Colmana Domingo za najlepszą męską rolę pierwszoplanową, za najlepszą piosenkę oryginalną („Like a Bird” w wykonaniu Abrahama Alexandra i Adriana Quesady, słyszalną w napisach końcowych), oraz za najlepszy scenariusz adaptowany. Myślę, że szczególnie ta ostatnia nominacja zasługuje na uznanie — aż do napisów końcowych byłem bowiem przekonany, że Sing Sing to fikcja. Jakże miło było zobaczyć, podczas napisów końcowych, fragmenty zwariowanej komedii przygotowanej zgrabnie przez, o zgrozo, ludzi wykolejonych. Colman nie daje tu z siebie tyle, by zasłużyć na nagrodę, choć w ostatnich latach wielokrotnie udowadniał swój kunszt aktorski — chociażby w filmie Rustin, gdzie również był nominowany za pierwszoplanową rolę męską. Być może samodzielnie, bez wsparcia zawodowych aktorów, trudniej było mu udźwignąć pierwszoplanową rolę. Wystarczy spojrzeć na Mahershalę Alego — kolegę po fachu — który zdobył już dwie statuetki, choć za role drugoplanowe. Moim zdaniem Sing Sing zdecydowanie warto obejrzeć choćby ze względu na nietuzinkowe ujęcie życia za kratami i subtelne złamanie gatunkowych konwencji — film zgrabnie wymyka się tu jednoznacznemu zaszufladkowaniu.
Widziałem film, oceniam na:




co o tym myślisz?